Huragan Irma. Myślę, że każdy słyszał przynajmniej raz te dwa słowa zestawione ze sobą. W mediach było głośno o tym, przez ostatnie tygodnie.
Zwykle nie oglądam wiadomości, nie jestem specjalnie na bieżąco z tym co się dzieje na świecie, bo większość z tych tematów jest dla mnie najzwyczajniej w świecie odległa. Wszystko jednak się zmienia, gdy złe nowiny dotyczą miejsca w którym się było, którego kultury się doświadczyło.

Ja na Karaibach spędziłam jedne z najwspanialszych wakacji w życiu. Niezapomniane 9 dni w lutym zakochiwałam się w każdej kolejnej wyspie, które było mi dane odwiedzić. Dlatego dzisiaj serduszko mi się łamie, gdy słyszę, że te niezwykłe, zapierające dech w piersiach piękno jest niszczone. Ludzie, mimo, że biedni to tak mili i serdeczni, zostają bez dachów nad głowami.
Wyspy, którym żywioł zabrał (przynajmniej na razie) ich największe źródło dochodów- turystykę. Modlę się, żeby udało im się podnieść z tej klęski.

Chciałam dzisiaj Wam opowiedzieć i pokazać tę część Karaibów, którą udało mi się zobaczyć tej zimy. Piękne, dziewicze, zielono-błękitne, bijące spokojem.

Puerto Rico
Nasz statek wypływał z Puerto Rico. Konkretnie z San Juan. Właśnie do tego miasta doleciałam wczesnym rankiem z Houston. Te wakacje były mi potrzebne jak nigdy. Byłam już wtedy po jednym rematchu, stojąc w obliczu kolejnego, potrzebowałam po prostu zapomnieć o świecie.
Na lotnisku spotkałam się z koleżanką i razem pojechałyśmy autobusem do centrum. Okazało się, że jest to rozwiązanie dla odważnych, jak nam później powiedziano, dlatego, że turyści raczej nie wybierają tego środka transportu. I faktycznie, miejscowi patrzyli na nas jak na kosmitki i przejeżdżałyśmy przez okolice w których lepiej byłoby nie wysiadać.

W Old San Juan przywitało nas piękne słońce, magiczna cisza właściwa dla 7 rano i niebo w niezwykłych kolorach. Wciąż czuje to niezwykłe czucie szczęścia na samo wspomnienie.

Pierwszego dnia znalazłyśmy swój hostel, zostawiłyśmy rzeczy i wybrałyśmy się na długi spacer po okolicy. Zaliczyłyśmy pierwszą kąpiel w morzu, pierwsze drinki (najlepsza pinacolada), tropikalny deszcz, prażące słońce i spaloną skórę.

Wieczorem dołączyły do nas jeszcze dwie koleżanki. Wieczór spędziłyśmy na plaży, a kolejny dzień znów na spacerowaniu po okolicy. Wieczorem miałyśmy wejść już na nasz statek.

Dobrze pamiętam jak wielkie wrażenie zrobiła na mnie maszyna, która miała wozić nas po morzu Karaibskim. Przede wszystkim była naprawdę wielka. Z piętra na piętro kursowała szklana widna. Wszędzie były restauracje, kluby, na górnym pokładzie był basen i jaccuzzi.
W przeciwieństwie do całego tego przepychu nasza kabina była maleńka. Jako, że miały ją dzielić cztery dziewczyny, wróżyło to tylko ogromny bałagan od początku do końca. Ale to pomieszczenie służyło tylko do spania, więc kto by się przejmował.
Okazało się, że na statku nie ma darmowego wifi. Fakt ten stał się świetnym pretekstem do małego detoksu internetowego. I to chyba sprawiło, że mogłam naprawdę odpocząć.

 

St. Thomas
Jedna z wysp, niemal zrównana z ziemią przez Irmę. Gdy widzę zdjęcia tych zniszczeń, zamykam oczy i odtwarzam ją sobie taką jaką ją pamiętam. Najpiękniejszą wyspę jaką widziałam.

St Thomas został odkryty przez Kolumba. Jest jedną, największą, z trzech Wysp Dziewiczych Stanów Zjednoczonych. Na początku należały one do Anglii, później kolejno przechodził w ręce Holandii, Rycerzy Maltańskich, Francji, Dani, Rosji i w końcu zostały sprzedane USA.
Na wyspie obowiązuje ruch lewostronny. Stolicą jest Charlotte Amalie, a wyspę zamieszkuję 50 tys mieszkańców.

Przybiliśmy do portu wczesnym rankiem. Gdy wyszłyśmy na główny pokład padał deszcz. Było przyjemnie ciepło. Udałyśmy się na śniadanie. Na rejsie były ogromne ilości jedzenia. Wszelkie rodzaje wszystkiego. Tego dnia zjadłyśmy je z zapierającym dech w piersiach widokiem na zielone wzgórza i zielonkawo błękitną wodę. Gdy przestało padać ponad wzgórzami pokazała się tęcza.

Gdy wyszłyśmy w porcie zostałyśmy otoczone wianuszkiem taksówkarzy. Z biegiem kolejnych dni zdążyłyśmy się do tego przyzwyczaić, bo powtarzało się to za każdym razem. Nie ma co się jednak temu dziwić, ludzie są biedni i próbują wykorzystać każdą okazję by zarobić.
Postanowiłyśmy wybrać się na plażę w tak zwanej Magens Bay. Taksówkarz zapewniał nas, że jest przepiękna, spokojna i niezatłoczona, a także obok znajduje się krótki szlak na spacer. I wszystkie te oczekiwania się spełniły. Plaża ta była na liście 10 najpiękniejszych według National Georaphic.
Na plaży odbywały się dwie ceremonie ślubne. Nie wyobrażam sobie niczego tak magicznego jak ślub w takim otoczeniu!

Z plaży wracałyśmy wielką, pozbawioną drzwi taksówką. Było to emocjonalne przeżycie, pędząc wąską krętą drogą z wiatrem we włosach.

Przespacerowałyśmy się po mieście, wspięłyśmy się na sławne 99 schodów i wróciłyśmy na statek.

 

Barbados

Ta wyspa miała znacznie więcej szczęścia jeśli chodzi o Irmę. Nie odczuła zbyt intensywnie uderzenia huraganu.

Mi osobiście Barbados zawsze kojarzył mi się z Rihanną, pięknymi plażami i żółwiami. W sumie nie wiedziałam o nim zbyt wiele.

Wyspa była pierwotnie zasiedlona przez Indian, na początku XVI wieku została odkryta przez portugalskich podróżników, aż w końcu została zasiedlona przez Anglików w XVII wieku. W kolonii znajdowały się duże manufaktury cukru co nadawało jej wysokiej wartości.
30 listopada 1966 roku Barbados w końcu zdobył niepodległość co jest ogromną dumą jego mieszkańców.
Kraj zamieszkuje prawie 300 tys osób, a jego stolicą jest Bridgetown

Ludzie na Barbadosie są niezwykle serdeczni. Dało się to wyczuć już w zetknięciu z taksówkarzami. Wybrałyśmy się na plaże. Taksówkarz miał pokazać nam po drodze dom w którym dorastała Rihanna. W zasadzie nie mam pojęcia czy to był naprawdę ten dom. Pewnie każdy kierowca pokazuje inny, bo przecież turysta i tak się nie zorientuje. Lokalni ludzie są niesamowicie dumni z tego, że światowej sławy gwiazda pochodzi z ich wyspy. Co druga osoba utrzymuje, że widziała lub rozmawiała z piosenkarką.

Przejeżdżaliśmy też obok domniemanej willi Rihanny położonej niemal na samej plaży. Jeśli to faktycznie jej dom, to jest naprawdę imponujący.

Pierwszym punktem na liście był snorkeling. I to nie byle jaki, bo z żółwiami. W bardzo przystępnej cenie trafiłyśmy na małą drewnianą łódkę z przeźroczystym dnem z której miałyśmy zanurzyć się w błękitnej głębi i podziwiać ryby i, jeśli szczęście nam dopisze, też żółwie.
Ostatecznie udało nam się spotkać jednego. Był na tyle blisko, że mogłyśmy go pogłaskać po skorupie.

Resztę dnia spędziłyśmy głównie na plaży, w towarzystwie nowo poznanych lokalnych znajomych. Powiedziałabym, że jeśli masz kompleksy, warto wybrać się na Karaiby, a w szczególności na Barbados. Tam bez większego wysiłku znajdziesz sobie przynajmniej pięciu potencjalnych chłopaków. Jak już wspominałam ludzie na wyspie są przemili, wszyscy się do nas uśmiechali, witali się z nami, obsypywali komplementami i wydawali się naprawdę troszczyć o to co się z nami dzieje.
Zdarzyła się nawet jedna propozycja matrymonialna, gdy podczas spaceru po mieście, jeden chłopak zeskoczył z ciężarówki i zaczął oświadczać się mojej koleżance. Upierał się, że zakochał się od pierwszego wejrzenia i wydawał się do bólu poważny.

Na koniec dnia zaliczyłyśmy krótki spacer po mieście. Bieda rzucała się w oczy na każdym kroku. Jednak to wszystko miało swój niewysłowiony urok, zwłaszcza w połączeniu z niecodzienną życzliwą atmosferą.

Kolejna część i kolejne trzy wyspy już za tydzień!

Do zobaczenia! 🙂