Gdybym miała zamieszkać na stałe w USA są dwa miasta w których jestem w stanie zobaczyć swoje przyszłe życie. Jednym z nich jest Washington DC a drugim właśnie San Diego. Zakochałam się w tym miejscu praktycznie od pierwszego wejrzenia. I dzisiaj właśnie tam chcę Was zabrać.

Z Las Vegas do San Diego dostałyśmy się autobusem. Jest to około 10 godzin drogi, wystartowałyśmy późnym wieczorem, co oznaczało dla nas kolejną praktycznie nieprzespaną noc. Gdy około 5 rano dotarłyśmy na miejsce okazało się, że nie dojechałyśmy do samego San Diego, ale do San Ysidro, miasteczko tuż przy granicy z Meksykiem. Tak właśnie znalazłyśmy się w ciemnościach poranka na przystanku tramwajowym otoczone ludźmi mówiącymi po hiszpańsku. Był to jeden z tych momentów kiedy niemal fizycznie czujesz na sobie ciekawskie spojrzenia. I nie była to ostatnia taka sytuacja podczas pobytu w Kalifornii.

O 6 rano wreszcie dotarłyśmy do centrum, skąd wzięłyśmy ubera do portu gdzie była łódka naszego couchsurfera na której miałyśmy spać przez następne dwie noce.

Port był bardzo urokliwy. Widok tych wszystkich łódek o poranku był magiczny. Tuż obok znajdował się park (zdjęcie poniżej) z którego po jednej stronie rozpościerał się piękny widok na downtown, a z drugiej na pływające żaglówki. Zazdroszczę ludziom, którzy mogą codziennie rano wychodzić na spacer w tak przepięknym miejscu. Mogłabym tam przesiadywać godzinami.

Jako pierwszy cel zwiedzania wybrałyśmy Stare Miasto San Diego. Jest to taka mała al'a historyczna wioska w środku miasta. Wchodząc do środka poczułyśmy się jakbyś znów trafiły do Meksyku. Kolory, muzyka i atmosfera były idealnie oddane. Po przepysznych i ogromnych śniadaniowych burito i spacerze po okolicy ruszyłyśmy dalej.

Kolejnym miejscem, które zobaczyłyśmy był Point Loma. Jest to wzgórzysty półwysep otoczony Pacyfikiem. Znajdują się tam dwie ważne bazy wojskowe, narodowy cmentarz, latarnia morska i narodowy monument. Sam dojazd do tego miejsca jest niezwykle urokliwy. Droga z niesamowitym widokiem na ocean, wiatr we włosach... Do tego z góry można podziwiać panoramę San Diego. Bardzo dobrze widać wtedy jak rozległym jest ono miastem.

 

Balboa Park jest kolejnym miejscem, przez, które San Diego nie da się  nie kochać. Rozległy park pełen muzeów, ogrodów i teatrów. Architektura i nastrój zachwycają. Kolejne miejsce którego zazdroszczę mieszkańcom San Diego.

Na koniec dnia, po odpoczynku przy basenie wybrałyśmy się by podziwiać zachód słońca na klifach.

Następnego dnia wybrałyśmy się do downtown. Zjadłyśmy śniadanie, wybrałyśmy się do urokliwej seaport village. A później zamówiłyśmy ubera, by zawiózł nas na popularną Coronado Island, poleżeć na plaży. Niestety woda była zbyt zimna żebyśmy mogły się kąpać.

Wieczorem spędziłyśmy trochę czasu z naszym hostem i jego znajomymi. Następnego dnia czekał nas już autobus do Los Angeles.

Bardzo żałuję, że mogłyśmy spędzić w San Diego tylko dwa dni. Myślę, że to miasto ma znacznie więcej do zaoferowania niż udało nam się zobaczyć. Atmosfera jest przemiła, ludzie wyluzowani, uśmiechają się do siebie nawzajem. Mam ogromną nadzieję, że uda mi się pewnego dnia znów tam wrócić!

Więcej zdjęć możecie zobaczyć w galerii.