Wraz z tym postem chcę zacząć dzielić się z Wami wspomnieniami z moich podróży podczas roku w Stanach. Na początek moja ostatnia podróż, czyli travel month.

Na początek chcę Wam wyjaśnić na czym polega travel month. Po 12 miesiącach pracy jako au pair nasza wiza, J1, kończy swoją ważność. Od tego czasu mamy równy miesiąc na opuszczenie USA. Większość au pair decyduje się na wykorzystanie tego czasu na podróżowanie po kraju.

Mimo, że mój plan na ten okres zmieniał się wielokrotnie, już od początku mniej więcej wiedziałam co chcę zobaczyć. Bardzo zależało mi żeby zostawić sobie na koniec Kalifornię. Jest ona bardzo dużym stanem, który oferuje bardzo wiele do zobaczenia i chciałam mieć na nią więcej czasu niż tylko tydzień wakacji.

Cała podróż była dość spontaniczna. Moja organizacja skończyła się na kupieniu biletów lotniczych i autobusowych oraz na ogarnięciu mniej więcej miejsca do spania. Do tego okazało się, że linia lotnicza United zmieniła politykę i za zabranie reguralnego bagażu carry on (mała walizka) trzeba dopłacić 25$. Chcąc tego uniknąć postawnowiłam spakować się tylko w mały plecak. Mówiąc szczerze byłam bardzo zadowolona z tego pomysłu! Niczego mi nie brakowało i mogłam się znacznie swobododniej przemieszczać.

Pierwszy tydzień miałam spędzić z koleżanką z którą razem przyleciałam do Stanów. Oprócz Kalifornii zdecydowałyśmy się zahaczyć też o Las Vegas. Plan wyglądał tak:

Las Vegas(1 dzień) - San Diego (2 dni) - Los Angeles (8 dni) - San Francisco (3 dni) - Yosemite (1 dzień)

W połowie pobytu w LA moja koleżanka mnie opuściła, spędziłam 3 dni sama a później doleciała do mnie druga koleżanka i wynajętym samochodem jechałyśmy do San Francisco.

Ze względu na niski budżet zdecydowałyśmy się korzystać z couchsurfingu podczas całego wyjazdu. Dla tych, którzy nie wiedzą polega to na tym, że ludzie udostępniają za darmo przestrzeń do spania innym podróżującym. Jest w tym zawsze pewna doza ryzyka, bo nigdy nie wiesz na kogo trafisz, ale jednocześnie można poznać naprawdę interesujących ludzi. Pozwala to też na zobaczenie danego miejsca z bardziej lokalnej strony no i oczywiście zaoszczędzamy w ten sposób sporo pieniędzy.

LAS VEGAS

Podróż nie miałaby tego samego uroku gdyby nie komplikacje, które pojawiły się już na samym początku. Po ponad godzienie czekania na start w samolocie  poinformowano nas, że na wieży kontrolnej lotniska pojawił się ogień i żaden samolot nie może wystartować. W dużym skrócie- spędziłyśmy całe wieki na lotnisku próbując dowiedzieć się co będzie dalej i w końcu udało nam się dolecieć do Houston z którego po 5 długich godzinach miałymy wreszcie dostać się do Vegas. Ogólnie nasze dotarcie do celu opóźniło się jakieś 12 godzin, ale na szczęście stracilyśmy tylko noc i miałyśmy jeszcze cały dzień na zobaczenie miasta.

Jakie jest Vegas? Wydaje mi się, że to jedno z takich miejsc, które trzeba zobaczyć raz w życiu. I ten jeden raz jest wystarczający. Zaskakujący eklektyzm, różnorodność, atmosfera wszechobecnego luzu. Naprawdę można poczuć, że "co się dzieje w Vegas, zostaje w Vegas" jest traktowane tam bardzo dosłownie.

"Po co podróżować po świecie skoro można zawrzeć wszystko w jednym mieście"- tak musieli myśleć Amerykanie tworząc to miejsce. Możemy tam zobaczyć miniaturkę między innymi Włoch, Egiptu, Paryża, Londynu, Nowego Yorku i pewnie czegoś jeszcze.

Samo miasto jest położone praktycznie na pustyni, jest koszmarnie gorąco. Na ulicach stoją promotorzy zachęcając wejściówkami do klubów nocnych. W hotelach są obszerne kasyna z darmowym alkoholem. Zapach papierosów, picie na ulicach, wszechobecne panie topless, pokazy fontann. Można znaleźć tam naprawdę wszystko.

Myślę, że więcej pokażą Wam zdjęcia. Ja osobiście fanką Vegas nie zostałam i raczej nie chciałabym tam wracać.

Mam nadzieję, że dałam Wam namiastkę najbardziej imprezowe miasta w Stanach. Już w następnej części wybierzemy się do pięknego i słonecznego San Diego! 🙂

Do zobaczenia!

Więcej zdjęć znajdziecie w galerii.