Zamknij na chwilę oczy i spróbuj wyobrazić sobie miejsce na idealny wypoczynek, całkowity relaks. Biały piasek pod stopami, szumiące błękitne fale, rzędy pnących się wysoko palm. Na twarzy czujesz promyki słońca, w oddali śpiewają ptaki. Dookoła panuje idealna cisza. Brzmi trochę jak ze zdjęć w katalogach biur podróży, nieco nie realnie, prawda? Jednak takie miejsce istnieje i jest naprawdę iddyliczne.

Wyspa Koh Kod nie jest popularną destynacją w Tajlandii. Mało kto o niej słyszał, mało kto o niej pisze. Może właśnie dzięki temu tak niewiele turystów ją odwiedza. Plaże są puste. Spotkanie innych turystów graniczy z cudem. Przynajmniej taki stan zastaliśmy będąc tam poza sezonem, ale domyślałam się, że w sezonie też nie ma tam tłumów.

Zatrzymaliśmy się w naprawdę świetnym hostelu. Wybraliśmy najtańszy na wyspie i absolutnie się w nim zakochaliśmy. Składa się z malutkich drewnianych domków w dżungli. Pokoje są bardzo minimalistyczne, Głównie łóżko z moskitierą i łazienka. Na zewnątrz są ustawione krzesła w których można się rozsiąść i wpatrywać w bujną roślinność, słuchać śpiewu ptaków.
Oprócz tego znajduje się tam knajpka, w której można spróbować przepysznych dań i po prostu pochillować przy fajnej muzyce.
Najbliższa plaża była jedynie 10 minut od stamtąd.

Większość dni spędziliśmy po prostu odpoczywając. Potrzebowaliśmy tego po tym intensywnym roku. Leżeliśmy na plaży, siedzieliśmy w wodzie i jedliśmy. Trafiliśmy na piękną pogodę, bo przez większość czasu świeciło słońce. W planach mieliśmy zaledwie dwa dni tam, ale przedłużyliśmy nasz pobyt do czterech.

Jednego dnia wypożyczyliśmy skuter i objechaliśmy wyspę dookoła. Zwiedziliśmy najodleglejsze plaże, zobaczyliśmy piękny wodospad, w którym można było popływać. Jeżdżenie tam było niezłym wyzwaniem. Mój mąż prowadził, ja siedziałam z tyłu, wtulona w niego i krzycząca z przerażenia na zakrętach. Było ich całe mnóstwo i były bardzo ostre. Do tego ciągłe strome zjazdy i podjazdy. Trochę jak na rollercoasterze… A do tego dochodził ruch lewostronny. Jednak i tak to jest piękne uczucie, pędzić na skuterze wzdłuż wybrzeża, czując wiatr we włosach i po prostu czystą wolność i szczęście.

Wyspa Koh Kod jest jednym z najpiękniejszych miejsc jakie odwiedziłam. Myślę, że nigdy nie zapomnę uczucia czystej euforii gdy pierwszego dnia zeszliśmy z Jędrkiem na plaże, zobaczyliśmy błękit morza. Spacery po mięciutkim piasku przy zachodzie słońca, huśtanie się na huśtawce zwisającej z palmy - to wszystko zostanie w moim sercu na zawsze.

Jeśli odwiedzacie Tajlandię, polecam to miejsce całym sercem! Może nie ma tam tysiąca aktywności, ale jest za to niepowtarzalna atmosfera i widoki jak z pocztówki.

Informacje praktyczne:

  • Na wyspę można się dostać z miasteczka Trat położonego na południowy zachód od Bangkoku, blisko granicy z Kambodżą.
  • Z Bangkoku do Trat kursują regularnie autobusy ze stacji Mo Chit oraz Ekkamai. Trasa zajmuje 5 godzin. Bilet kosztuje około 25zł.
  • W Trat trzeba wziąć taksówkę do miejsca z którego odpływają łódki. Czasem taka taksówka jest w cenie biletu na łódź (można go kupić w hostelu).
    Bilet na łódkę kosztuje około 30zł. Na miejscu większość hoteli i hosteli oferuje darmowy transport.
  • Wyspa ma 23 kilometry długości.
  • Nie ma tam żadnego transportu publicznego ani taksówek. Najlepiej poruszać się wynajętym skuterem. Jest to koszt około 25 zł za dzień + paliwo.
  • Ceny na wyspie nie należą do najniższych w porównaniu do innych części kraju. Dlatego warto zaopatrzyć się w krem z filtrem i środek przeciwko komarom, jeszcze na lądzie.
  • Hostel w którym spaliśmy kosztował nas około 40zł za noc.

Więcej zdjęć znajdziecie tutaj.