Zainspirowana wydarzeniami ostatnich tygodni, chciałam napisać post o tym czego nauczył mnie program au pair.

Jakiś czas temu po raz drugi musiałam zmienić rodzinę goszczącą w USA. Cały proces  był bardzo trudny i skrajnie stresujący, ale mogłam zobaczyć jak ogromna zmiana zaszła we mnie w porównaniu z moim pierwszym rematchem.

Program au pair jest szkołą życia sam w sobie. A tym bardziej gdy jesteś zmuszony stawać czoła wyzwaniom, które wcześniej nawet nie przyszłyby Ci do głowy

Samodzielność i wytrwałość

Decydując się na program musimy być nastawieni na to, że może być wiele sytuacji, gdzie będziemy mogli liczyć tylko na siebie. Gdzie nie będzie nikogo kto mógłby nam pomóc i sami będziemy musieli znaleźć wyjście z sytuacji.

Wyjeżdżamy do obcego kraju, by mieszkać z obcymi ludźmi w miejscu, gdzie nie mamy żadnych znajomych. Zawsze najtrudniejsze są początki. Ja zaczynałam od zera trzy razy. Za każdym razem musiałam sobie jakoś radzić w kwestii znalezienia znajomych, nawiązania nowych relacji, ogarnięcia okolicy, nauczenia się mieszkania w czyimś domu, zorganizowania sobie czasu - tak by nie siedzieć całymi dniami w domu.

Często jednym z naszych głównych celów przyjazdu do Stanów są podróże. Tylko będąc jeszcze w Polsce wydaje nam się, że to nic trudnego, bo przecież każda au pair to robi. Jednak później okazuje się, że zorganizowanie sobie wyjazdu wcale nie jest aż takie proste. Często ciężko jest znaleźć partnera do podróży i czasem trzeba jechać gdzieś samemu.
Gdy pierwszy raz z Polski do Nowego Jorku, latanie wydawało mi się bardzo skomplikowane i trudne, a opcja latania samemu niemal nie mieściła mi się w głowie. Chyba podczas wszystkich, a przynajmniej większości moich lotów po USA nie miałam żadnego towarzystwa i mogę powiedzieć, że nie jest to wcale takie trudne.

Jedna z bardziej skrajnych sytuacji, która może nas spotkać jest rematch. Ja przeżyłam dwa i mogę szczerze powiedzieć, że to nie jest coś do czego można się przyzwyczaić. Ale to właśnie one ćwiczą w nas wytrwałość i odwagę do tego, żeby mimo strachu iść dalej - szukać kolejnej rodziny i się nie tracić nadziei. Czasem opcja powrotu do domu i ponownego otoczenia się ludźmi, których obchodzisz i którzy Cię kochają jest aż boleśnie kusząca. Tak też było podczas mojego drugiego rematchu. Nigdy nie czułam się tak bardzo samotna, mogłam liczyć tylko na siebie.

Zostałam wyrzucona z domu i nie miałam niemal nikogo, kogo jakoś specjalnie przejmował się moim losem. Przez chwilę byłam już prawie pewna, że nie chcę tego dalej ciągnąć. Najwięcej jednak osiąga się wychodząc poza swoją strefę komfortu. Nawet z najbardziej dramatycznych sytuacji jest wyjście, tylko czasem po prostu czasem potrzeba czasu by je dostrzec.

Otwartość i pewność siebie

Ameryka znana jest z tego, że wszyscy są tu bardzo otwarci i przyjaźni. Jest to po części prawda, chociaż ja uważam, że jest to bardzo powierzchowne i wcale nie pomaga nawiązać długoterminowych przyjaźni. Jednak niezaprzeczalnie ludzie są mili, zagadują do nieznajomych, uśmiechają się. My jako Polacy jesteśmy znacznie bardziej zamknięci i u mnie przestawienie się na "amerykańską uprzejmość" zajęło mi troszkę czasu.

Ma to też swoje plusy dlatego, że po jakimś czasie sama uśmiecham się do nieznajomych i jestem dużo bardziej otwarta na ludzi.

Oprócz tego będąc au pair musisz znaleźć sobie nowych znajomych, mieć dobre relacje z host rodziną, nauczyć się funkcjonować w nowym, obcym domu. Myślę, że to wszystko bardzo pomaga się otworzyć i jednocześnie nabrać pewności siebie.

Nie mogę również pominąć tego amerykańskiego podejścia "I don't care". Mam tutaj na myśli luz z jakim podchodzą do tego jak wyglądają. Do klubu w japonkach? Żaden problem! W dresach i bez makijażu w centrum miasta? Dlaczego nie? Odebrać dziecko w piżamie ze szkoły? Jak najbardziej.

Ja osobiście odbieram tę postawę bardzo pozytywnie dlatego, że mam wrażenie, że tutaj ludzie aż tak nie oceniają siebie nawzajem i przywiązują mniejszą uwagę do wyglądu.  Tutaj liczy się wygoda i komfort. I to jest piękne, dlatego po powrocie do Polski wcale nie zamierzam za bardzo rezygnować z tych przyzwyczajeń 😀

Poszerzenie horyzontów

Będąc w Stanach mamy okazję wiele podróżować, poznawać nowe miejsca, zawierać znajomości z ludźmi z całego świata. Możemy poznawać inne kultury, odkrywać jak funkcjonują amerykańskie rodziny (nie zawsze jest to pozytywne doświadczenie).
Musimy dostosowywać się do czyichś zasad i sposobu życia, być otwartym na nowe i nieznane.

Cierpliwość i kreatywność

Praca z dziećmi wymaga od nas ogromnych pokładów cierpliwości.  Z całą pewnością nie jest ona prosta. Szczególnie, gdy ma się pod opieką trójkę maluchów jak ja teraz.
Mimo, że bardzo kocham wszystkie moje dzieciaki, często bardzo dają mi w kość. Są sytuacje gdzie cała trójka szaleje/płacze/krzyczy/kłóci się a ja mam po prostu ochotę wyjść i trzasnąć drzwiami. Jednak muszę zagryzać zęby, głęboko oddychać i wytrzymać bez wyładowywania na nich swoich emocji.

Rzecz której definitywnie trzeba się wystrzegać w pracy z dziećmi jest nuda. Gdy dzieci się nudzą, stają się nieznośne, gdy my się nudzimy czas wlecze się w nieskończoność. Dlatego, chociażby dla własnej korzyści, trzeba wysilić troszkę mózg, użyć trochę kreatywności i wymyśleć coś, co będzie przyjemne i dla dziecka, i dla nas.

W pierwszej rodzinie taką rzeczą były crafty. Z dziewczynką z którą pracowałam w Colorado robiłyśmy praktycznie inny craft każdego dnia. Przez malowanie farbkami po piance do golenia, przez robienie pacynek, po tworzenie zwierzaków z rolek po papierze toaletowym.
W mojej trzeciej rodzinie jest to definitywnie gotowanie. Tutaj mam do tego świetne możliwości, bo w domu nie brakuje składników. Do tego moje dzieciaku uwielbiają pomagać mi w kuchni, o dziwo bardzo je to wycisza (a to się przydaje :D). Mimo, że w zasadzie one bardziej mi przeszkadzają niż pomagają, gotujemy razem codziennie.

***

Myślę, że bycie au pair nie jest łatwe. Często stawia przed nami wyzwania, które z pozoru są nie do przejścia. Jednak osobiście nie żałuje ani jednej chwili spędzonej tutaj. Myślę, że dzięki wyjazdowi, jestem już zupełnie inną osobą, niż ta nieśmiała, przerażona Zuzia, która osiem miesięcy temu opuszczała Polskę.

Nie mogę uwierzyć, że już za niecałe 3 miesiące moja piękna przygoda się skończy. Trzeba iść do przodu, szukać nowych rzeczy.
Póki co wierzę, ze jeszcze dużo dobrego przede mną tutaj 🙂

Na koniec zostawiam Was z kilkoma zdjęciami z mojego cudownego, nowego domu, czyli z Waszyngtonu DC! Zdecydowanie moje ulubione miasto w USA!